Okruchy #5 – Anais, kochanie!


Niniejszy tekst opisuje uniwersum Artefaktów Obcych. Wszystkie teksty podzielone są na Części, te z kolei na Odcinki. Część 1: Okruchy wprowadzi cię w uniwersum Artefaktów Obcych. Poznaj różne odsłony tego świata, jego bohaterów i wydarzenia, które składają się na niezwykły czas przełomu, u progu którego znajduje się ludzkość. Przełomu, który zainicjowało odkrycie rasy obcych: jej wytworów, technologii, architektury i myśli.


Stacja Unii T-455 “Poranek”

– Pomożesz mi, albo mam samemu przytaszczyć to ustrojstwo? – Orbert aż sapnął z irytacji, gdy robot techniczny po raz kolejny zignorował jego wezwanie.

Był na stacji całkiem sam. Nie licząc, oczywiście, całego zastępu robotów serwisowych spiętych w sieć i podporządkowanych dwóm niezależnym od siebie sztucznym inteligencjom: jednej systemowej, pozbawionej nawet awatara, a więc i imienia i drugiej, zarządzającej bardziej ludzkim aspektem jego pobytu na stacji, o wdzięcznym imieniu Anais.

Nie licząc, także, Ruth, jego żony i trójki uroczych dzieciaków, obecnie w wieku 9, 7 i 4 lat. Testował warianty z młodszymi dziećmi (w konfrontacji z rozwrzeszczanym armaggedonem szybko wycofał się z tego pomysłu) i starszymi (kłopoty nastolatków przerosły jego zdolności empatyczne). Ostatecznie taka właśnie konfiguracja, 9-7-4, okazała się kompromisem między wymogami kontraktu dla pojedynczego załoganta stacji przekaźnikowo-serwisowej, a jego osobistymi możliwościami.

Sam, gdyby nie liczyć też Amy, po trosze opiekunki dla dzieci, po trosze jego kochanki. Amy miała lat osiemnaście (o czym upewnił się w stosownym czasie) i przyjemnie kontrastowała swoją nieposkromioną, dziewczyńską frywolnością ze stonowaną, dojrzałą kobiecością Ruth. Lawirowanie między tą dwójką pochłaniało znaczną część jego wolnego czasu.

Miał też Eda – kumpla do piwa, meczów i nawalanek VR. I Franka, z którym grywał w szachy, chodził na koncerty i starał się skomponować wspólną rock-operę. Miał bar z jego stałymi klientami – spelunę na sześć stolików i szafę grającą, strasznie retro, ale swojską i przytulną. Kościółek pastor Agathy, co do której nie zdecydował jeszcze, czy lepiej zachować bezpieczną relację wierny-opiekun duchowy, czy też spróbować włączyć ją w ciuciubabkę, którą miał z Ruth i Amy. No i stację paliw z Tommym za ladą, u którego nie tylko tankował swoje wozy, ale i robił zakupy.
Było ich razem jakieś dwadzieścia-trzydzieści osób, czasem nawet więcej, jeśli rozliczenie miesięcznie wychodziło na plusie. Zarazem jednak, jako jedyna niewirtualna osoba na całej stacji, był tu sam jak jakiś pieprzony latarnik.


Cały ten złom działał pierwotnie w trybie kosmicznego miasteczka. Stacja przekaźnikowa z dokiem klasy trzeciej – jeszcze piętnaście lat temu miejsca takie jak to tętniły życiem, tworząc układ nerwowy Gwiezdnej Unii. Rozmieszczone na układowych szlakach, z dala od planet, wielkich stacji i pasów asteroid, miały swoją rolę – wiele cywilnych statków po prostu musiało o nie zahaczyć, by spełnić normy bezpieczeństwa w trakcie długodystansowych lotów.

Wszystko zmieniło się po odkryciu artefaktów. Nowe technologie zrewolucjonizowały komunikację, napędy, konstrukcję statków i samo podróżowanie, skazując takie miejsca jak stacja Orberta na wegetację. Wciąż były utrzymywane jako plan B i C w razie awarii systemów komunikacji i jako zaplecze dla złomu, którego nie zaktualizowano do obecnych standardów. Ale niepotrzebna już była wieloosobowa załoga – po prawdzie nawet obecność jednej osoby – w tym wypadku Orberta – wynikała raczej z konserwatywnej strategii Ministerstwa Łączności niż faktycznych potrzeb.

– No halo! Pobudka! – robot wciąż stał bez ruchu. Orbert zaklął szpetnie, przełączył podnośnik hydrauliczny w stan spoczynku i odwrócił się z furią – Anais, kochanie, czy twój pupil byłby łaskaw zająć się robotą… – przerwał w pół zdania. Spostrzegł, że nie tylko robot nie wykazywał żadnej aktywności: cała sekcja stała w bezruchu. – Anais? – wywołana SI nie odezwała się.
– Halo, Ruth?
– Dzieciaki?
– Anais, co z tobą?

Nikt nie odpowiedział na jego wywołania. Podszedł do najbliższego terminala, załączył go, wywołał ekran statusu. Funkcje prymarne – system podtrzymywania życia, regulator grawitacji, zasilanie – to wszystko działało bez zarzutu. I tylko to. Cała reszta, mieszcząca się w pojemnym pojęciu opcji sekundarnych: nie tylko nakładki wirtualne, symulatory i proteza społeczna, lecz nawet wirtualny interface, jego standardowa forma komunikacji z Anais, czy opcje komunikacji dalekoprzesyłowej – wszystko to znikło. To nie wyglądało nawet na awarię – wszystkie te opcje wyparowały, jakby nigdy ich nie było.

Po raz pierwszy w swojej już blisko trzyletniej zmianie Orbert poczuł to, co dotąd było jedynie błahą oczywistością gdzieś na skraju świadomości. Był jedynym człowiekiem na stacji. Sam, otoczony miliardami ton żelastwa i bezkresem kosmicznej pustki.
Przed atakiem paniki uchronił go alarm zbliżeniowy. Ktoś – lub coś – właśnie podchodziło do doku stacji.


Autor: Rafał Szyma