Okruchy #3 – Przejęcie struktur wroga z zabezpieczeniem infrastruktury

Przejęcie struktur wroga z zabezpieczeniem infrastruktury

Niniejszy tekst opisuje uniwersum Artefaktów Obcych. Wszystkie teksty podzielone są na Części, te z kolei na Odcinki. Część 1: Okruchy wprowadzi cię w uniwersum Artefaktów Obcych. Poznaj różne odsłony tego świata, jego bohaterów i wydarzenia, które składają się na niezwykły czas przełomu, u progu którego znajduje się ludzkość. Przełomu, który zainicjowało odkrycie rasy obcych: jej wytworów, technologii, architektury i myśli.


JFK-45, Baza Marynarki Unii, system Eureka
Sala odpraw nr G-34

10:04

Ponad głowami oficerów i podoficerów pulsował dynamiczny, barwny fraktal wizualizacji. Na przemian zwijał się przy odtwarzaniu w trybie przyspieszenia do przodu i rozwijał jak pąk kwiatu, gdy oglądali projekcję wstecz. Lśniące nitki obranych i potencjalnych kursów, wybuchy świetlnych fajerwerków, gdy poszczególne eskadry uzyskiwały własne sygnatury, linie kursu i prognozy manewrów po oderwaniu od statków-matek. Nurkowanie w wizualizacji tak głębokie, że widać było oznaczenia wymalowane na kadłubach okrętów, przeplecione szerokimi ujęciami, na których mieściły się nawet boje telekomunikacyjne rozstawione na obrzeżach układu.

Ośrodkiem projekcji była planeta Eylus – niewielka, rdzawoszara, otoczona pierścieniem megastruktury. Ciemne, kanciaste bloki ciągnęły się krystaliczną strukturą wzdłuż cienkiego – jak na warunki kosmiczne – rdzenia. Miejscami struktura narastała w przeszło dwukilometrową konstrukcję przywodzącą na myśl miasto bez ulic albo gigantyczny ul. Gdzie indziej widać było goły rdzeń pierścienia: matowy przewód, na który składały się setki, tysiące identycznych segmentów. W dwóch miejscach jego ciągłość była przerwana, a mimo to struktura zachowywała stabilność.

“Kontakt bojowy za T minus czterdzieści.”

Przez struktury na pierścieniu przeszedł ledwie widoczny ruch, niczym fala wywołana lekką bryzą. Trzy sekundy później struktura rozbłysła setkami odpalanych rakiet, okrętów i modułów. Wyglądało to, jakby w przestrzeń poszła chmura, mgła zarodników, puchnąca błyskawicznie, formująca strefę ochronną, gotująca piekło najeźdźcom – wszystko to, zanim flota znalazła się w zasięgu bojowym.
– …nie mamy tu do czynienia z wojną, w której akceptowalne byłyby działania obliczone na zniszczenie wroga. Nie możemy po prostu odpalić głowic i czekać, aż sięgną celu, zamieniając go w chmurę kosmicznych śmieci. Anihilacja nie jest rozwiązaniem i to bynajmniej nie z powodów pacyfistycznych manifestów… – monotonny głos majora dużo lepiej spisałby się podczas medytacji albo recytowania modlitwy. Pech chciał, że prowadził odprawę, skazując zgromadzoną w sali niemal setkę oficerów na beznadziejną walkę ze snem. – Naszym celem w tego typu operacjach jest bowiem co następuje. Jeden: neutralizacja systemów obronnych. Dwa: rozpoznanie algorytmów i taktyk. Trzy: identyfikacja stosowanych systemów uzbrojenia, w tym środków ognia bezpośredniego takich jak rakiety, kontrrakiety, lasery, pola siłowe, pola ochronne i inne…

Wtem projekcja za plecami majora wzbogaciła się o kilka interesujących szczegółów. Jeden z okrętów wypluł z siebie wirujące jajo, które przetoczyło się po linii trajektorii, zakręciło i zaczęło rosnąć. Wkrótce było na tyle duże, by dało się rozpoznać w nim zarysy dwóch kobiet, nagich, lśniących od potu i urodziwych na miarę klasycznej pornoprodukcji, mocujacych się w miłosnej choreografii. Ta część sali, która jeszcze nie zasnęła, w momencie ożywiła się – po rzędach foteli przeszedł szmer dławionego śmiechu.

– Sześć: Przejęcie struktur wroga z zabezpieczeniem całej infrastruktury. Pragnę przypomnieć, że jesteśmy drobiazgowo rozliczani z każdego zniszczenia, zgodnie z protokołem P-O z czwartego sierpnia dwa tysiące… – major kontynuował jak gdyby nigdy nic, wędrując tam i z powrotem po środku sali.

Dziewczyny – trzymając się wciąż za jego plecami – przetoczyły się żwawo, odczepiły się od siebie na chwilę. Jedna położyła się na plecy, druga dopadła ją z entuzjazmem. Wokół nich toczyła się bitwa: dziesiątki obiektów zmaterializowały się w okolicach ruszającej się miarowo głowy blondynki, a także wokół szeroko rozłożonych kostek i gdzieś na wysokości bioder brunetki. Pojawiły się raporty o zniszczeniach, rozbłysły nowe fraktale symulacji, w miarę gdy siły obcych kruszyły dotąd żelazny szyk unijnej ofensywy. Jednostki z floty unii z każdą chwilą traciły przewagę: zbiorcze dane i dramatyczne raporty z poszczególnych odcinków bitwy walczyły o miejsce w projekcji z brykającą rzeźko parą, większą i większą, ochoczo pozującą do drobiazgowych zbliżeń na co bardziej zaangażowane organy.

Major zorientował się, że nie mógł być źródłem nagłego ożywienia swoich słuchaczy i zająknął się w swym monologu. Zaczął ukradkowo rozglądać się dokoła, nie mógł jednak spostrzec holodziewcząt – wyświetlały się bowiem dokładnie za jego plecami, skacząc z miejsca na miejsce tym gwałtowniej, im energiczniej próbował się rozglądać.

– Co tu się odwala? – zabrzmiało nagle pytanie. Rozbłysły światła, ukazując wszystkim admirała Harrisa stojącego tuż przy wejściu do sali. I najwyraźniej naprawdę wkurzonego. Cała sala zaszurała, gdy zgromadzeni oficerowie i kadeci przyjmowali postawę zasadniczą. – Kto? – rzucił. Na odpowiedź musiał czekać tylko chwilę.
– Ja, panie admirale – odezwała się młoda, może dwudziestoletnia kobieta w mundurze oddziałów desantowych, odkładając na pulpit przed sobą laseczkę projektora. – Podporucznik Yutta Dannadale. Przepraszam, panie admirale. – wykrzyczała energicznie.

Zapadła cisza, jakby cała sala wstrzymała oddech w oczekiwaniu na gigantyczną awanturę.
– Wy tu sobie jaja robicie, a przy podejściu do Eylus straciliśmy prawie połowę grupy operacyjnej, blisko siedmiuset ludzi – gdy admirał w końcu się odezwał, zaskoczył wszystkich tonem głosu. Zamiast wściekłości usłyszeli smutek, cichy i pełen bólu. – Dobrych ludzi, weteranów czwartej wojny o Pasy. Moich uczniów i towarzyszy.

W sali odpraw nigdy jeszcze nie było tak cicho. Choć dzieliło ich dobre piętnaście metrów, wydawało się, że stary admirał rozmawia z podporucznik twarzą w twarz.
– W dodatku lecimy tam jeszcze raz. I to nie po to, żeby rozwalić to gówno w drobny mak. Nawet nie po to, by przejąć megastrukturę. My lecimy tam łapać obcych.
Admirał oderwał wzrok od kobiety i powiódł nim po całej sali.
– Nie postrzelamy sobie do nich. Nie spróbujemy się przez nich przebić. Nie rozpieprzymy wszystkiego, co próbuje rozpieprzyć nas. Naszym zadaniem jest przechwycić ich statki, schwytać kapsuły, zająć centra dowodzenia.

Choć wiadomość była sensacyjna, nikt nawet nie drgnął.
– Naszym celem nie będzie zdobycie technologii. Tym razem dorwiemy jej twórców. Ilekolwiek by nas to nie kosztowało. – zakończył niemal szeptem.


Autor: Rafał Szyma