Okruchy #4 – Pokój i myśli, bracie


Niniejszy tekst opisuje uniwersum Artefaktów Obcych. Wszystkie teksty podzielone są na Części, te z kolei na Odcinki. Część 1: Okruchy wprowadzi cię w uniwersum Artefaktów Obcych. Poznaj różne odsłony tego świata, jego bohaterów i wydarzenia, które składają się na niezwykły czas przełomu, u progu którego znajduje się ludzkość. Przełomu, który zainicjowało odkrycie rasy obcych: jej wytworów, technologii, architektury i myśli.


Sienna, statek dalekiego frachtu, Episkopat

Taeir odetchnął, otworzył oczy i sięgnął dłonią w stronę Meag. Zetknęli się opuszkami palców, poszybowali wyżej, na środek kabiny, tak by w zerowej grawitacji swobodnie obracać się we wszystkich kierunkach. Wyrównali oddechy, zsychronizowali tempo obrotów. Byli gotowi na Transmisję.

– Pokój i myśli, bracie. Zobacz, kto wrócił z rejsu Pogłębienia – to Eryk, jego najlepszy przyjaciel, z dwójką swoich dzieciaków na rękach. Najwyraźniej odzyskał je po półrocznej wyprawie formacyjnej, pierwszej w ich siedmioletnim życiu.
– Tak się cieszę! – Taeir rozczochrał włosy jednego z bliźniaków. – Jak tam, chłopcy? Dumni z wyprawy?
– Tak, było cudownie!
– A Mario zdał egzaminy i dostał oficjalne błogosławieństwo!
– No, takie z ogłoszeniem w Zgromadzeniu!
– Świetnie! A za co konkretnie? – Taeir pękał z dumy niemal tak jak ojciec chłopaków.
– Bioinżyneria stanu nieważkości – wyrecytowali chórem…

– Pokój i myśli, bracia i siostry. Przyjmijcie wieści z Rdzenia, albowiem jeden jest wszechświat i bezlik wszechświatów do złączenia w jeden. – Kaznodzieję Ruffio znali bardzo dobrze, choć nigdy nie spotkali się z nim inaczej niż poprzez Transmisję. Ruffio pośredniczył między nimi a Rdzeniem, do którego bezpośredni dostęp – z racji odległości ich statku od najbliższego Przekaźnika – był niemożliwy.
Kaznodzieja zetknął się z nimi opuszkami palców i rozpoczął swój przekaz.
– W układzie Reptilliona narodziła się Vala, pierwsze dziecko Eamre i Jasona – stanęli pośród rodziców i bliskich, sami jako bliscy, tuż nad białą, miękką kołyską z zawiniętym szczelnie noworodkiem. Mała spała, drobne rączki przyciskała do brody. Wszyscy uścisnęli się serdecznie, matka dziewczynki wprost promieniała.
Choć od ostatniej Transmisji w światach Episkopatu narodziły się pewnie dziesiątki tysięcy dzieci, Taeir cenił sobie tradycyjny kontakt z losowo wybranymi rodzinami. Nic tak nie budowało więzi jak uczestnictwo w cudzie narodzin. Nic, może prócz cudu śmierci.

– Przyjmijcie dar ze stoczni Odrodzenia, albowiem nasze sondy zebrały nowe dane o obszarach, przez które wiedzie wasza podróż. – przywitał się z nimi diakon w szacie z oznaczeniami stoczni stoczni orbitalnej sprawującej aktualnie opiekę serwisową nad ich okrętem. – Strefie PT-44 przyznano status pomarańczowy, standardowa moc osłon może nie wystarczyć do jej bezpiecznego przebycia. Korekta aktualizacyjna bez… – postać diakona zamarła w pół zdania, z ręką wyciągniętą do zwyczajowego dotknięcia. Przez dwie, może trzy sekundy Taeir miał przed sobą dwie takie postacie, które wreszcie scaliły się w jedną. Ta zaczęła od początku: – Przyjmijcie dar ze stoczni Odrodzenia, albowiem nasze sondy…
Zakłócenia nie powtórzyły się, Taeir i Maeg odebrali pełny pakiet instrukcji i aktualizacji.

– Biskup planety Verro postawiony jest wobec Wspólnoty w stan oskarżenia. Zbierzcie się, by osądzić jego sprawę.
Obowiązki ławnika wspólnoty wiązały się z koniecznością rozstrzygania spraw nawet podczas dalekich wypraw takich ja ta, w której brał teraz udział. Dołączył do zgromadzonych już sędziego, oskarżonego, obrońców i dwóch tuzinów innych ławników zebranych transmisyjnie z kilku światów. Zetknął się opuszkami palców z obrońcą i zapoznał z danymi sprawy: zerknął na bilans finansowy, współczującym gestem powitał Tamarę, porzuconą żonę biskupa, otwarł się na raport służb policyjnych i wnioski ekspertów. Zmrużenie oka później Taeir wyszeptał formułę wyroku:
– Biskup planety Verro zgrzeszył wobec Rozumu chciwością, wiarołomstwem i lubieżnością… Słyszał głosy innych ławników, w większości zaczynające się od takiego samego uznania winy. Różnice następowały dopiero później – wymiar kary miał być wypadkową ich osądu.
Tuż przed przejściem z powrotem do statku mignęła mu Olenna, jego pierwsza pilot-małżonka, jeszcze z ubiegłego wieku. Uśmiechnęli się do siebie, wymienili wspólnym wspomnieniem – ona i on, w purpurowo-pomarańczowym blasku gwiazdy. “To były dawne czasy” – pomyślał z uśmiechem powrócił na Siennę.

– Pokój i myśli, młodzi bracia i siostry. – Taeir znalazł się w kręgu stworzonym przez tuzin ośmiolatków. To była pora świadectwa, najskuteczniejszej metody edukacji. Kucnął, by zrównać się z nimi głowami, i rozpoczął – Któż mógłby lepiej wytłumaczyć cud Transmisji, jak nie ktoś tak odległy i w inny sposób zupełnie niedostępny, jak ja w tej chwili? Dzięki Transmisji stanowimy jeden lud. Dzięki niej miliardy stają się jednością. Możemy się przywitać – wyciągnął dłoń ku najbliższemu uczniowi, dziewczynce w ognistorudych dredach – poznać, porozmawiać, przytulić i pomóc sobie, jeśli trzeba! Choć Transmisja tworzy dla was drugiego mnie, ja jestem prawdziwy. I jestem teraz z wami, choć bardzo daleko stąd pilotuję właśnie statek. Chodźcie, pokażę wam!

Chwycili się wszyscy za ręce i zabrał ich ze sobą do kabiny.
– To jest Maeg
– Pokój i myśli, Maeg – zawołały razem, a kobieta uśmiechnęła się do nich.
Cały krąg – dzieci i ich dwójka – zaczął się kręcić. Dla dzieciaków nie mógł to być pierwszy raz w stanie nieważkości: choć śmiały się i pląsały, wciąż tworzyli jeden, wspólny krąg.
– Przez Transmisję poznajemy wciąż na nowo: nowych ludzi, nowe wieści, nową wiedzę. Zapraszamy innych do swojego życia i przyjaźnie uczestniczymy w życiu innych… – Taeir nie dokończył. W jednym błysku dzieci znikły jak rozdarte. Piloci zostali sami. Kobieta spojrzała na niego zdziwiona – wiać jej transmisja także została przerwana. Nie minęła jednak sekunda, gdy powrócił do nich kaznodzieja.

Starcia w Emmerich przybierają na sile. Wierni stracili kontrolę nad północnymi orbitami, z trudem utrzymując łączność z kontyngentem na powierzchni – Taeir zrezygnował z pokusy włączenia się w działania wojenne. Wprawdzie ze swoją pozycją we wspólnocie mógł złączyć się Transmisją z uczestnikami walk, choćby jako współczujący obserwator, obawiał się jednak, że wzburzy go to i utrudni pracę badawczą. “Mogłem wspomnieć dzieciom, że z Transmisji trzeba nie tylko umieć korzystać, ale i wiedzieć, kiedy i z kim lepiej się nie łączyć” – pomyślał – “Może następnym razem…”.

– Pokój i myśli, mamo. Brakuje mi ciebie.
– Mnie ciebie też, synku, mnie ciebie też.
Matka Taeira od blisko sześćdziesięciu lat żyła już tylko w Transmisjach, kilka razy byli nawet razem na jej grobie na Maastrikt. Regularnie jednak się z nią widywał, czasem z własnej, czasem – jak teraz – z jej inicjatywy.

Maeg chwyciła go drugą ręką. Choć ich spotkania odbywały się równolegle i jej przekazy miał na wyciągnięcie dłoni, zwykle w nich nie uczestniczył, całkowicie zaabsorbowany swoimi jednoczesnościami. Teraz dołączył do jej Transmisji – siedzieli w jasnym, pełnym zieleni pawilonie, tylko we dwoje. Zewsząd dobiegała ich muzyka, przyjmowana słuchem, ale i przez delikatne drgania podłogi i ruchy powietrza wyczuwalne na nagiej skórze. Maeg komponowała syntzmysłową symfonię, a on był jej pierwszym odbiorcą i krytykiem; bardzo zależało jej, by tę Transmisję odbył przed wszystkimi innymi. Wzruszył się dziełem i bliskością z Maeg – był pewien, że ta chwila zapisze się w pamięci Transmisji, wzbogacając symfonię o doznanie ich intymności.
– Możecie się spodziewać dość chłodnego przyjęcia. Od blisko roku w kolonii funkcjonuje ścisły rygor zasobowy. Chcesz wymagać dodatkowej aktywności od ludzi, którzy nawet nie pamiętają, co to znaczy porządny prysznic. I nie, nie mówię, że z ich higieną jest coś nie tak. – Emmanuel, anioł jego misji, po raz kolejny próbował przekonać go do modyfikacji założeń. Transmisja przeprowadzała ich rozmowę w doku stacji Uruba, w kolonii, do której Taeii i Maeg zmierzali. Na własne oczy widzieli szare, wychudłe i niezbyt serdeczne twarze kolonistów, z których nikt nie pokwapił się, by dołączyć do ich Transmisji. Na niewiele zresztą by się to zdało – znał się z nimi, transmitowali razem przez wiele godzin i cała kolonia wiedziała, że cel jego wizyty niewiele ma wspólnego z jej potrzebami.
Nagle schwytały go żelazne kleszcze i wyszarpały ze stacji. Zabolało przeraźliwie, gdy jego transmisyjne ciało przenikało przez strukturę kolonii, z ledwością zwalczył odruch paniki, gdy znalazł się w pół-próżni księżyca, na którym kolonia była rozłożona. Pędził, z każdą chwilą dalej od powierzchni, niezdolny do najmniejszego ruchu.

Chciał przerwać Transmisję i powrócić do statku – miał przecież świadomość, że poza Transmisją znajduje się właśnie na pokładzie Sienny. Coś mu jednak na to nie pozwalało. Poruszał się z zawrotną prędkością – gwiazdy sunęły na firmamencie – całą swoją wolę skupił na tym, by nie odpłynąć w odmęty paniki, by zachować zmysły. – Taeir! – usłyszał krzyk Maeg i w tym momencie stracił z nią styczność. Zostało tylko okrutne zimno w opuszkach palców. I samotność.

Samotność w Transmisji, która została wszak stworzona jako maszyna do doświadczania wspólnoty. Sam jak nigdy dotąd. Chciał skulić się, przywołać kogoś – Maeg, mamę, kaznodzieję, chciał choćby przymknąć oczy – nie mógł. Gnał z prędkością komety, choć zarazem tkwił w miejscu. Widział nieboskłon, choć wpatrywał się w pustkę. Dławiła go przerażająca samotność, choć słyszał wciąż coś jakby szept? Śpiew? Modlitwę? Ktoś coś mówił, ale niezrozumiale, o ton zbyt cicho, by zdołał rozróżnić słowa, uchwycić melodię, zrozumieć przesłanie. Nacisk – na głowę, ramiona, całe ciało – wzmógł się. Obraz rozsypał się, uleciał z ziarnami piasku. Taeir tracił przytomność. Może umierał.

– Taeir! – zawołała Maeg. – Taeir!
Był znów na statku. W jej uścisku. Z nią. I całą grupą transmitowanych wiernych, zatroskanych jego stanem. Badał go doktor. Mama gładziła po głowie. Na swoją kolej czekał Romini, jego psycholog i przyjaciel z czasów seminarium. Spostrzegł też postacie pochylone nad fontanną SI – te nie zwracały na niego uwagi, całkowicie pochłonięte przez dane z sensorów statku.
– Co się stało? – spytał słabo, do nich kierując pytanie.
– Wlecieliśmy w strumień czegoś, co wywołało interferencję z Transmisją… – odpowiedziała mu Maeg. – Ja zdołałam się rozłączyć, ale ciebie to złapało.
– Ja… ja byłem tam całkiem sam – wyszeptał.
Dopiero teraz odwrócił się do nich jeden z wiernych stojących przy fontannie. Na jego szacie lśniły oznaczenia diakona posługi archeologicznej. Spojrzał z troską na Taeira.
– Wiemy. Byliśmy tam z tobą. Każdy z nas przeżył twoją samotność i twoje cierpienie. Pokój z wami, wierni – zwrócił się do wszystkich. Za chwilę zwrócę wam waszego bliskiego, najpierw jednak musimy porozmawiać.
Goście zaczęli opuszczać wspólną Transmisję. Jedni skinęli głową, inni pokrzepili go uściskiem, matka pogłaskała go po policzku. Został tylko diakon przy fontannie. Rozlał jej strumień tak, by wyświetlał obraz dość duży dla wszystkich ludzi w kabinie.
– Udało nam się zlokalizować źródło tego sygnału. – popatrzył znów na pilotów. – Zmienimy wasze zadanie. Nie dotrzecie do kolonii, przynajmniej nie teraz. Wspólnota chce, byście tam polecieli.
Fontanna wyświetliła koordynaty i wizualizację układu. Taeir poczuł ślad tamtej niemocy, muśnięcie strachu, lecz skinął głową na zgodę.


Autor: Rafał Szyma