Pułapki w pułapkach

Kiedy pierwszy raz usłyszałem o tym, iż Avalon różni się od The Resistance wieloma różnorodnymi postaciami, a wśród nich postacią Merlina, wzruszyłem ramionami i westchnąłem z rezygnacją. „Merlin, też mi wielkie halo”, pomyślałem. Później przyszedł czas na analizę reguł i pierwsze objawy buntu przeciwko nowej regule. „Ale bezsens!”, narzekałem. „Człowiek bawi się całą grę, analizuje, kombinuje, próbuje domyślić się, kto służy Mordredowi, kto spośród graczy przy stole jest tym złym, a potem bach, źli trafiają Merlina i cześć pieśni, koniec, przegrałem?!”

Byłem do nowej reguły nastawiony więcej niż sceptycznie. Byłem jej zaciekłym wrogiem, choć nawet nie zagrałem ani jednej partii. Nim opowiem, co stało się dalej, szybciutko wyjaśnię, co to za reguła.

W trakcie rozgrywki w Avalon gracze dzielą się na dwa zespoły: lojalnych poddanych Artura oraz na zdrajców służących Mordredowi. Tożsamość graczy jest tajemnicą, każdy z uczestników zabawy zna tylko swoją tożsamość (przy czym zdrajcy wiedzą o sobie nawzajem), reszty trzeba się w trakcie kolejnych misji domyślić.

Merlin to postać specjalna. Gracz, który jest Merlinem zna tożsamość zdrajców. On od samego początku dokładnie wie kim są ci, którzy służą Mordredowi… Ma dużą przewagę, dlatego w grze pojawiła się zasada – na koniec gry zdrajcy mają prawo zaatakować Merlina. Jeśli wskażą, kto spośród dobrych jest Merlinem i jeśli trafią, Merlin ginie, a zło zwycięża…

Na sucho wyglądało to nieprzekonująco. A jak wyglądało w praniu? W akcji okazało się, że wyrażenie pułapki w pułapkach pasuje do gry Avalon wręcz idealnie.

Na chłopski rozum Merlin nie powinien się ujawniać, bo jeśli się ujawni, źli gracze odstrzelą go na koniec gry i zwyciężą. Merlin powinien grać subtelnie, nie zwracać na siebie uwagi.

No chyba, że zagra va banque, będzie zgrywał szeryfa i odważniaka, licząc na to, że ci źli uznają, iż chyba gracz nie jest takim idiotą, by grać tak otwarcie i uznają, że to tylko blef i ktoś inny jest Merlinem.

A może dokładnie tak będzie? Jeden z dobrych celowo będzie zwracał na siebie uwagę złych, udawał, że gra nieostrożnie, udawał, że się niechcąco zdradził, by potem, w finiszu własną piersią ochronić Merlina i podłożyć się sługom Mordreda?

A może gracz Merlin przez całą grę będzie grał jak idiota, by uśpić czujność złych i tylko w kluczowych momentach, w najważniejszej misji niby przez przypadek uratuje dobrych?

A może…

Okazuje się, że w praktyce reguła Merlina sprawdza się rewelacyjnie, daje dodatkowe pole do blefu, do zastawiania pułapek w pułapkach, daje wiele nowych emocji.

A mi… no cóż… pozostaje przeprosić pana Dona Eskridge, iż miałem czelność stracić wiarę w jego talent i narzekać na grę zanim w nią zagrałem. Panie Eskridge, jestem cymbałem. Przepraszam.

Share this

2 komentarze